Strona wygrała w tym konkursie


  Strona główna
  O bibliotece
  Regulaminy
  Ogłoszenia
  Nowości
  Warto skorzystać
  Niezbędnik biblioteczny
  Top 10
  Szuflada
  Z archiwum Szuflady
  Wydarzenia
  Ankiety
  Oławskie klimaty
  Linki
  Kontakt

Z archiwum Szuflady




Poi, Tomek i inni - Opowiedzieć inaczej
Stary człowiek przy moście - ciąg dalszy losów bohatera noweli Hemingwaya
Sara Pawłów - Piosenka ucznia
Tadeusz Kaniewski - Drobina
Małgorzata Krawczyk - Aitra
Małgorzata Krawczyk - Złoty Sokół
Anika - Kindersztuba?
Angelika Jaśków - Ameryka
Marta Ryndak - W moim oknie
Grzegorz Pawlak - Kot, pies, kot, pies...
Sara Pawłusiów- Pierwszy Człowiek
Sara Pawłusiów - Jutrzenka


"Aby zdobyć wielkość, człowiek musi tworzyć, a nie odtwarzać" (A. de Saint - Exupery)






Poi, Tomek i inni

Opowiedzieć inaczej, nie tylko dla zabawy (w celu lepszej komunikacji, a może tak sobie), czyli te "szalone rodziny wyrazów"

Zabawy językowe polegające na wypowiadaniu się na dowolny temat wykorzystują czasem „szalone” rodziny wyrazów. Nie jest to nowość, znacie historyjki o tym, jak smerfnie zasmerfowały się posmerfowiałe już Smerfy. Oto przykłady wymyślone przez POI, Tomka i innych.

Bloczyska

Bloki zablokowały wszystkie drogi i zaatakowały wszystkie miasta. Groziły, że je zablokują i wszystko będzie się nazywało tak: bloła – szkoła, bloga – droga, blokment – cement.
Bloczyska wszystko zablokowały, bo nie otrzymały od ludzi sześć ton blokmentu. Od tego czasu wszystko było w języku blokowym.

Gimnazjol

Świeżo upieczony gimnazjol zapragnął pogimnazjować gimnazjonalnie na gimbolicznej przerwie. Wszystko byłoby gimnazjolicznie w porządku, gdyby nie to, że nasz nieświadomy gimbuchowych skutków swoich poczynań gimnazjol przegimnazjował. Wszystko poszło o gimkowate miny, jakie stroił do jego ulubionej gimbostycznej gimbolistki gimbołowaty gimbol z gimbicznej klasy...(Skończę, gdy się wyśpię).

Kropelka

Leżała sobie taka leniwie spłaszczona w butelce, opalała się w słońcu, które prześwitywało przez kępkę nadrzecznych zarośli. Kiedyś była pierwsza w butelce, dziś taka opuszczona - kropelkowata jakaś, bez krzty kropli przy duszy, wykropelkowana na amen, bez możliwości dalszego kroplowania w tym swoim kropelcianym bezrobociu.
Pewnego dnia butelka przekropelkowała się i wyrzuciła Kropelkę w cuchnące ledwo przykropelkowane błoto. Z wielkim trudem kropelkowała się z boku na bok, potem ostrożnie wyciągnęła swoje chude kropelczydła i zamoczyła je w rwącej wodzie. Wahała się chwilę, potem zrobiła kilka kroplopąpek. Niestety, jedno z jej kropelczydeł ułamało się. Pomyślała, że nie da rady teraz wskoczyć do rwącej rzeki.
Zakropelkowały się jej duże oczęta z bólu i poczucia beznadziei: koniec marzeń o lepszym życiu! Przetarła je swymi kropczatkami, rozmazała po i tak brudnym kroplicu i ...zasnęła.

W nocy ogromna ropucha nadepnęła na Kropelkę i wskoczyła do wody.








Justyna Skibińska

Stary człowiek przy moście - ciąg dalszy losów bohatera noweli Hemingwaya


Po kilkunastu dniach jechałem z Tortosy na furmance wraz z kilkoma rannymi żołnierzami. Przestrzelone kolano zaczęło ropieć. Gapiłem się na zniszczenia pozostawione po bitwie, jaka przetoczyła się tu przed tygodniem. Woźnica zatrzymał wóz przed mostem, żeby napoić zmordowane drogą konie. Udało mi się jakoś zejść z wozu. Jakaś dziwna siła kazała mi iść w miejsce za mostem, gdzie rozmawiałem ze starcem. Myśl o nim nie dawała mi spokoju w lazarecie, zwłaszcza wieczorami, kiedy cichły jęki rannych. W tym morzu bólu i ludzkiego cierpienia czułem się jak łupinka na szerokim morzu. Żadnego listu z domu...

Przypomniała mi się jego twarz pomarszczona bruzdami, zapadnięte i załzawione kurzem, zmęczeniem i bezsennością oczy. Przypominał starego pomylonego Pottera, który szwendał się po świecie w poszukiwaniu syna, który zginął w osadzie Pontecorvo w Minesocie pod kołami pierwszy raz widzianego w tej miejscowości forda. Podszedł do mnie woźnica, poczęstował papierosem. Mieszkał we wsi parę kilometrów stąd. Opowiadał ze szczegółami o piekle, które się tu przewaliło. Mówił o niezliczonych trupach i rannych, których zabierała do kościoła okoliczna ludność. Wspomniałem o starym, sam nie wiem na co licząc.

Po tygodniu wpadł zdyszany do mojej klitki w szpitalu. Właśnie zbierałem swoje rzeczy do torby. Musieliśmy się znowu ewakuować, bo nieprzyjaciel znowu kontratakował. Nie wdawał się w pogawędkę, bo widział, że się spieszę. Ochłonął chwilę i powiedział o starym człowieku. Jego szwagier był przy człowieku, który ciągle mówił o jakiś zwierzętach, które musiał pozostawić w domu bez opieki.
– Co się z nim stało?- przerwałem mu z niecierpliwością.
- Panie, szwagier mówił, że on bredził, bo był w gorączce. Jak go ludzie układali w furmance, to on bardzo prosił, żeby go tylko do San Carlos, że on nie chce już więcej się tułać po świecie, jest za stary na to, by jechać w jakiś świat, on tylko do San...
Wydawało się, że nigdy nie skończy swojej opowieści.

Kiedy woźnica skończył, bacznie przyglądał się mojej twarzy, oczekując spodziewanej reakcji. Widziałem oczyma wyobraźni, jak stary patrzył z wozu na niebo, wypatrując na nim choćby jednej pary gołębi.











Sara Pawłów



Piosenka ucznia


Ucz się matmy mój kochany
I polskiego też się ucz
Jeśli nie ten fakt jest znany
Że kamienie będziesz kuć

Cztery pałki masz z polskiego
A z tej matmy chyba z pięć
I z fizyki sroga pani
Też postawić ma ją chęć

Cztery razy dwa to osiem
Każdy dobrze o tym wie
Jeśli uczeń ma to w nosie
To tragicznie jest i źle

Z geografii kto tam trafi
Na biologię też mam fobie
Lewe ręce do techniki
Nie mam słuchu do muzyki

Cztery razy dwa to osiem
Każdy dobrze o tym wie
Jeśli uczeń ma to w nosie
To tragicznie jest i źle

Lubię chodzić na plastykę
Kocham także gimnastykę
A ta chemia, ależ skąd!
To życiowy jest mój błąd!

Cztery razy dwa to osiem
Każdy dobrze o tym wie
Jeśli uczeń ma to w nosie
To tragicznie jest i źle

Na historię chodzę w kratkę
Różne daty znam przypadkiem
A języki cztery lata
To życiowa wielka strata









Tadeusz Kaniewski

Drobina


Guma usiadł na brzegu rzeczki, ściągnął adidasa, wyjął z niego kamyczek. Pomyślał, ile bólu może wyrządzić taka twarda, nikomu niepotrzebna drobina. Nagle zajątrzyło w nim świeże wspomnienie z polskiego - jak to kamienne ziarenko. Trudno mu było zrozumieć, dlaczego nie zdjął od razu buta, nie usunął tego małego bólu, który dopiero teraz stał się nie do wytrzymania. Może konsekwencje tego zdarzenia musiały przygasić to pieczenie w nodze albo pełne dezaprobaty spojrzenie Baśki.
Zrobiłby dla niej wszystko, nawet skoczyłby z wieżowca, ale nigdy tego nie powiedział, nie miał nawet zamiaru, bo przecież nie miał szans z Bicepsem.
Polak nie musiał tak ostro reagować na odzywkę, straszyć wezwaniem rodziców, a nawet przeniesieniem do innej szkoły. Co go to wszystko obchodziło, jakim prawem ingerował w jego życie, przecież Guma miał inne sprawy na głowie, o wiele ważniejsze, niż jakaś rozprawka o szczęściu.

Obmyślał ucieczkę w góry, budował w myślach szałas, oglądał w wyobraźni wspaniałe krajobrazy i oddychał orzeźwiającym powietrzem. Nikt mu nie będzie opowiadał głupot o szczęściu...

Próbował usprawiedliwiać się zmęczeniem po nieprzespanej nocy, kiedy podpity ojciec zarzucał matce, że to ona zmarnowała mu jego cenne życie. Polak nawet nie chciał słuchać, nie miał czasu, bo musiał odnieść dziennik. Zresztą, gdyby każdy tak się tłumaczył...
Od tego czasu Guma trzymał język za zębami, schował się za podwójną gardą, musiał być twardy, koniec z użalaniem się nad sobą. Wyobrażał sobie jak bez mrugnięcia oka patrzy w twarz Bicepsa, ten usiłuje zapanować nad swoją bezsilnością, odwraca się i odchodzi skulony jak Azorek na deszczu, widzi to Baśka, uśmiecha się...

Kiedyś przejeżdżała rowerem, poprosiła o georginię z ogródka. Było mu wstyd za ojca, który coś gadał do kota na drzewie. Pogłaskała merdającego ogonem Azorka, podziękowała za kwiaty i znikła za zakrętem drogi. Chciał jej powiedzieć o Bicepsie i o wszystkim... Chciał wyjaśnić swoje postępowanie, ale nie miał odwagi, co by to zresztą dało...

Włożył stopę do rzeki. Pomyślał, że facet robił może, co mógł, by opanować klasowy żywioł, a on wcale nie musiał mówić, że ma gdzieś te dyrdymały o szczęściu i jego głupiej szkole, która ze szczęściem ma tyle wspólnego, co Biceps z sonetami Szekspira. Wszyscy odwrócili się w stronę Bicepsa, który najwyraźniej nie zrozumiał porównania i tylko głupio się uśmiechał.

Położył się na trawie, słuchał szumu rzeki i odgłosu owadów w trawie. Czuł kojący przepływ wody. Nagle przyleciał sen i uniósł go w przestworza.






Małgorzata Krawczyk

Aitra


    „Druga małżonka króla Teb wyda na świat potomka, który pozbawi go tronu”. Taką przepowiednię usłyszał Kreon od Pytii po śmierci Antygony i Hajmona. Okrutny tyran postanowił, że nigdy się nie ożeni. Stało się jednak inaczej, kiedy zakochał się w Kartice, córce bogatego rodu, która dowiedziała się o tej straszliwej groźbie, będąc już w stanie błogosławionym. Kreon z narastającym niepokojem wyczekiwał narodzin swojego egzekutora. Pewnego chłodnego styczniowego dnia narodzinom towarzyszyła sama Hera (bogini kobiet w ciąży), którą o to prosił Ares. Mimo że był to akurat dzień jego święta, wpadał często do pałacu Kreona po wieści o potomku króla. W końcu dowiedział się o narodzinach zdrowej i silnej dziewczynki.    
Po roku Kreon wykradł dziecko matce i oddał po kryjomu pewnemu pasterzowi z ubogiej spartańskiej osady, polecając mu by je zabił, a ciało zakopał gdzieś na pustyni. Otrzymał za to sowitą zapłatę. Król nie wiedział jednak, że bezdzietny pasterz marzył o potomku i nie zamierzał wywiązać się z obietnicy. Podopieczna boga wojny nie bawiła się z innymi dziewczynkami ani typowymi dla nich zabawami. Wolała drzeć ubrania na drzewach niż bawić się lalkami. Z wiekiem jej mięśnie stawały się twarde i silne. W zapasach radziła sobie z każdym mężczyzną. Sztuki wojennej uczyła się w doborowym oddziale spartańskiej gwardii. Po ukończeniu osiemnastu lat została jego dowódcą.    
 W tym czasie Spartę nawiedził potężny dwugłowy smok, Apis. Miał podobno na szyi naszyjnik z rzadkiego kamienia zwanego smoczą łzą. Kamień ten mógł „być” jedynie w granicach Teb. Z tego powodu Tezeusz zabił bestię i zabrał naszyjnik. Kreon dowiedział się o tym incydencie dopiero w chwili, kiedy Spartanie pod dowództwem swojego króla, Tyrkosa, który na czele siedmiu gwardyjskich oddziałów (liczących po stu żołnierzy) uderzył z zaskoczenia na jego kraj. Szybko uporali się z nie przygotowaną do obrony formacją wojsk tebańskich.      
Jeden z oddziałów Aitry wpadł do pałacu Kreona. Nikt nie stawiał oporu. Wreszcie stanęli oko w oko – Kreon i Aitra, despotyczny władca Teb i bezwzględna w swojej żołnierskiej profesji podwładna króla Sparty. Kreon patrzył uważnie w jej oczy, w którym czaił się wzrastający strach, przeczucie kresu swego życia, ale i coś nieokreślonego dla Spartanki. Nagle z przerażeniem otworzył usta do krzyku, który zamilkł w chwili, kiedy zimny miecz Aitry wrzynał się w jego gardło. Nie, nie czuła tym razem radości zwycięscy, raczej jakiś dziwny krótkotrwały niepokój, który ustąpił, kiedy usłyszała z podwórza głośny śmiech swoich żołnierzy. &bbsp;       
Aitra została władczynią tebańskiej ziemi. Zamieszkała w pałacu Kreona. Nowa władczyni nie różniła się specjalnie od poprzednika, a nawet wydawała się dla ludu jeszcze większym okrutnikiem i despotą. Aby poniżyć godność Kartiki, uczyniła ją zwykłą posługaczką w kuchni. Wkrótce po starej władczyni zaginął ślad. Mówiono, że snuje się niespełna rozumu po tebańskich bezdrożach, w zwykłych łachmanach, wołając : Aitro, nie chowaj się już więcej, zlitujże się wreszcie, nie uciekaj, wróć natychmiast!






Małgorzata Krawczyk

Złoty Sokół


     Praca na temat kultu Anubisa, boga śmierci w starożytnym Egipcie, zwłaszcza rozdział o sektach, które specjalizowały się w składaniu ofiar z dzieci, była jedną z najbardziej wyczerpujących w karierze naukowej Kornela. Z ulgą postawił zamaszysty podpis: Kornel Wagner. Nagle poczuł dotkliwy ból w skroni. Położył się na kozetce i zasnął.
Ogarnęła go granatowoczarna ciemność, w której usłyszał coś, co przypominało płacz dziecka. Poczuł na policzku przyjemny ciepły oddech. Ledwo dostrzegł jej szmaragdowozielone oczy na bladej twarzyczce.
- Coś się stało, Lianno? Wczoraj byłaś w takim dobrym humorze... Dziewczynka zrobiła się jeszcze bardziej blada. Zdołała jedynie westchnąć i niespodziewanie znikła. W tym momencie obudził się. Ból minął. Wiedział, że to nie był zwykły sen. Porozumiewał się z córką telepatycznie - podczas marzeń sennych. Lianna była jego córką ze związku z Egipcjanką, która po krótkim pobycie w Polsce wróciła do rodzinnego kraju.
    Kilka dni później tak bolały go oczy, że położył się w fotelu i włączył telewizor. W talk show jakaś tęga kobieta mówiła podniesionym głosem. Nagle głos z mocnego altu przeszedł w cieniutki sopran dziecka.
-Tatusiu, będę u ciebie za godzinę.
Nie widział w tej dziwacznej sytuacji nic nadzwyczajnego. Głos jego córeczki brzmiał naturalnie i przekonująco. Pomyślał o jedzeniu. Sięgnął po telefon, zamówił dużą margheritę i coca-colę. Niedługo potem zadzwonił dzwonek.
-Okropnie zmarzłam, taki zimny wiatr. Tatusiu, przynieś mi ten zielony koc, który jest w szafie. Była tu po raz pierwszy, ale zachowywała się nadzwyczaj swobodnie. Skąd mogła wiedzieć o tej skrytce pod podłogą i o pieniądzach dla roznosiciela pizzy? Kornel przeczuwał, że coś musi się zdarzyć. I nie miało znaczenia to, czy był to sen, czy jawa. Było mu z tym dobrze.
    Rano poszli do parku. On wsłuchiwał się w świergot ptaków, ona zbierała kwiaty mleczu. Nagle podeszli jacyś dwaj mężczyźni.
- Zjeżdżaj smarkulo... W tym momencie jeden z nich uderzył w twarz Kornela, który natychmiast osunął się na ziemię. Drugi doskoczył do niego i kopał po plecach. Zielone oczy dziewczynki znieruchomiały i zalśniły jak u kota w ciemności. Z jej szeroko otwartych ust wydobyły się niskie gardłowe dźwięki, z oczu - para promieni świetlnych, które wyżłobiły w ziemi dziurę, skąd natychmiast wyskoczyły z wrzaskliwym śmiechem dwa osmalone sadzą stwory. W powietrzu unosił się gęsty zapach siarki. Z palców błyskawicznie wyrastały im paznokcie - długie i błyszczące w świetle jak sztylety, którymi wczepiły się w mężczyzn. Z kotłowiska wydobywały się jęki mężczyzn i radosne okrzyki stworów.
Nagle jedni i drudzy znikli. Zostały po nich jedynie krwawe kałuże i swąd spalenizny. Kornel z trudem podniósł się z ziemi.
- Powiedz mi, córuniu, skąd wzięły się anubite'y?
- Nie wiem. Po prostu poczułam gniew i...
Anubite'y to słudzy egipskiego boga Anubisa. Tylko Lianna miała nad nimi władzę. Domyślił się, że dziewczynka jest jego wcieleniem.
- Wiesz kto to był Horus?
- Po co ci to wiedzieć? To przecież śmieć, nawóz historii... Teraz już miał pewność. Wiedział, że Anubis nienawidził Horusa. A poza tym, skąd ośmiolatka miałaby znać Horusa?


   Kornel pracował nad swoim kolejnym dziełem naukowym, czytając całymi dniami w czytelni dziesiątki starych książek. Pewnego dnia poczuł się znużenie. Zapatrzył się w kawałek zagiętego w rogu dywanu. Odsunął go nogą. Pod nim znajdowały się niepozorne drzwiczki. Otworzył je. Upewnił się, że nikt nie patrzy i wszedł do zimnego pomieszczenia. Zapalił jedną z pochodni. Blask światła wystraszył szczura sunącego leniwie po podłodze. Pośrodku stało biurko i krzesło ze szkieletem człowieka w strzępach ubrania. Na biurku leżał list.


Marsylia, 14 kwietnia 1678


   "Szanowny panie Marszałkowski (Kornel domyślił się, że panem Marszałkowskim był ów wyschnięty trup na krześle). Mam dla pana ciekawe egzemplarze książek. Jedna z nich to książka skryby egipskiego z 1336 r. p.n.e, jeszcze z czasów panowania Tutenchamona. Wiem, że interesują pana takie rzeczy, więc przesłałem panu ją wraz z wieloma innymi. Jej tytuł to "Anubis i Horus-odwieczna walka".


Z pozdrowieniami Aleksander Krupicki



   Teraz już był pewien, że książka pomoże mu wypędzić Anubisa z ciała Lianny. Nerwowo przerzucał książki na półkach. Dławił się i krztusił wiekowym kurzem. W końcu znalazł zwój zapisany hieroglifami. Schował go w rękaw i, cicho przemykając się przez pustą o tej porze salę czytelni, wrócił czym prędzej do swojego domu. Z wielkim trudem udało mu się odszyfrować zniszczony przez czas zwój. Była w nim mowa o odpędzaniu złych duchów nawiedzających ciała ludzi i ofiarach składanych Horusowi. Ofiarą miała być osoba opętana.
Z ciężkim sercem przygotowywał wszystko według przepisu ze zwoju: ołtarz, na którym trzeba było złożyć ofiarę poświęconą Horusowi, "księżycowy nóż", czyli sierp i garnek do zbierania krwi.
Uśpionej Lannie podciął najpierw gardło sierpem. Jej krew sączyła się powoli do kociołka. Odmawiał bez przerwy egipską formułę odcyfrowaną ze zwoju. Wrzucił do niej włos ofiary i kapłana (czyli swój), po czym wypił całą zawartość kociołka. Nagle do mieszkania wdarł się snop światła. Dookoła słychać było szum wiatru. Przez okno wleciał sokół o złotych piórach i srebrnym dziobie. Przemówił donośnym głosem:
- Jam jest Horus, bóg słońca, syn Ra. Odpędziłeś złego Anubisa z ciała dziecka. Poświęciłeś je jako ofiarę. Jesteś godzien być moim kapłanem. Obdaruję cię cząstką mojej siły w zamian za sławienie imienia mego. Aby dowieść ci, że mówię prawdę, spróbuj wskrzesić dziecko. Dotknij jego czoła.
Uczynił to drżącymi palcami obu rąk. Lianna otworzyła oczy i uśmiechnęła się.
-Kim pan jest? Gdzie mój tatuś?
Anubis opuścił jej ciało. Znów była normalną dziewczynką. Sokół rzekł:
- Od dziś jesteś moim kapłanem i przybierasz imię Raksus XII. Strzeż świata przed powrotem Anubisa.
     Cudowny ptak zniknął nagle jak zły sen o świcie.












Anika


Kindersztuba?


- Jak tam pani syn? Słyszałam, że znów uciekał przed policją?
- Tak, biedaczek...
- To pewnie dlatego, że wpadł w złe towarzystwo?
- Ależ skąd! Przecież to koledzy z blokowiska.
- ...po wyrokach i do tego pijaczyska.
- To dobrzy chłopcy, ale władza nad nimi mści się.
- Tydzień temu zbili dwie szyby!
- Skończmy ten niewygodny temat. A co słychać u pani Pawełka?
- Wczoraj popchnął staruszkę. Ojciec złoił mu skórę!
- Jak to? Z biciem do dziecka? Pani mąż go uderzył?!
- I jeszcze ja mu dołożyłam!
- Cóż to za wychowanie?!
- Twarda ręką i po prostu lanie.
- Nie można tak dzieci katować!
- A co? Pobłażać i darować?!
- Każdy popełnia błędy, trzeba mu wybaczyć.
- Tak po prostu przebaczyć?
- No właśnie. Jesteśmy z natury dobrzy i nie chcemy źle.
- Jak ten Franek spod piątki, co auta kradnie?
- Ukradł tylko dwa. To była chwila słabości, inaczej nie mógł.
- Hm... to dlaczego zaplanował to miesiąc temu?!
- Może dlatego, że rodzice bili go w maleńkości!
- A może pozwalali na wszystko i byli za dobrzy w swej wyrozumiałości?!
- Dziecko trzeba trzymać twardą ręką!
- Nie! Dziecko musi czuć się kochane!

... I teraz powiedzcie, która z pań ma rację?
Żadna. Dlaczego?
Pierwsze dziecko zostanie mordercą, drugie włamywaczem ...









Angelika Jaśków

Ameryka

przyjaciel człowieka
to ferrari
brzęczące metro
brzęczeć będzie
przewoźnik z niebieską czapką na głowie
będzie Cię wiózł w krainę daleką
gdzie wszystko zdarzyć się może
oczy na dachach wszędzie
świecące w noc ciemną
biurowce ubrane w szklane fartuchy
domy jak akwaria w nich ryby
czekoladowe drogi
ludzie jak kleszcze
trudno ich wyciągnąć
gdy chodzą po tej ziemi
jak pchły po psie

niby potęga całego świata
pytam
po której stronie
na niby-świata



                                                                                                          powrót




Marta Ryndak


W moim oknie

       
        Okno niczym kinowy ekran - obrazy zmieniają się jak w filmie, w którym raz przyśpieszono, raz spowalniano ruch. Czasem ekran zamienia się w nieruchomy obraz okolony złocistą ramą zasłon. Iluzję bezruchu burzy przelatujący ptak. Wiosną obserwuję coroczny cud narodzin, kiedy przyroda budzi się do życia fajerwerkiem kształtów, barw i zapachów, latem – wyczuwa się atmosferę błogiego spokoju, bezgranicznego lenistwa, brzęczenia owadów, jesienią – zapach dojrzałych owoców i odgłos liści pod stopami. Zima – rzeźbiony w potężnej bryle krajobraz, zimny i surowy, ale fascynujący w słońcu. Myślę, że ten widok z okna przypomina coś, co nigdy nie przemija, choć tak często się zmienia.
        Zawsze widzę jabłoń. Otulona grubą warstwą śnieżnego puchu trwa do wiosennego przebudzenia, kiedy pokrywa się milionem biało-różowych kwiatuszków, potem ugina się pod ciężarem czerwonych jabłek. Drzewko posadził mój tata w dniu moich narodzin. Ten obraz zmienia się jak mój widok w lustrze, kiedy się w nim przeglądam. Kiedyś miałam długie warkocze, dziś - inne włosy, inne brwi, rzęsy, kolor oczu, ale to wciąż ja, ta sama, choć raz w białym T- shircie, innym razem w lekkiej kolorowej sukience albo w grubym golfie.
        Nieco na prawo jest klomb. Teraz pod śniegiem, więc właściwie nie jest klombem, jest wspomnieniem albo zapowiedzią wiosennego rytuału odrodzenia. Najpierw śnieżnobiałe przebiśniegi, zaraz potem liliowe i pomarańczowe krokusy, olśniewające żywością kolorów pierwiosnki... Latem okno jest otwarte. Leżę na łóżku. Odkładam książkę i upajam się zapachem macierzanki, fiołków, niezapominajek. A może już wtedy wydaje się, że wiosna nie jest jeszcze wspomnieniem. Jesienią pozostają kolory astrów i fioletowych marcinków i to już tylko naprawdę ostatnie wspomnienie lata.
        Za klombem znajduje się plac zabaw – mała karuzela, huśtawki, rynny do zjeżdżania, piaskownica, ławki, na których siedzą zwykle młode matki. Wiatr unosi w górę delikatne płatki śniegu. Czasem świecą w słońcu jak miliony małych brylancików, zachwycając feerią tęczowych barw. Jesienią przychodzą tu najczęściej łobuzy. Przeklinają głośno i spluwają daleko przed siebie. Wiosna należy zdecydowanie do dzieci, którym nie wolno oddalać się zbytnio od swoich mam. Czasem gwar dziecięcych głosów staje się nie do wytrzymania, trzeba zamykać okna, ale nie na długo, tylko do obiadowej pory.
        Lubię patrzeć na kawałek horyzontu z zarysem lasu, który zimą przypomina ośnieżone wrota jakiejś śnieżnej baśniowej krainy. Ten widok lasu rozbudzał moją dziecięcą wyobraźnię. Niekiedy słychać było dalekie odgłosy nocnego życia leśnych zwierząt.
        Widok niby ten sam, a jednak zawsze inny. Ta sama jabłoń, ten sam klomb, plac zabaw, plama lasu na horyzoncie. Przypominam sobie sceny z „Wehikułu czasu”. Aparat do podróży w czasie zawsze ten sam, ale jego otoczenie wciąż zmienne. Lalka na parapecie też ta sama, a jednak inna, wpatrzona bez wyrazu w jeden punkt na suficie. W życiu nigdy nie jest tak samo, wszystko się zmienia. Każda wiosna jest inna, nie ma takich samych jesieni. Patrzę w lustro na ścianie, w nim odbicie tego, co dzieje się za oknem. I moja twarz. Jakże inna od tej na fotografiach w moim albumie. Twarze zatrzymane w ruchu, oderwane nagle od jakiegoś zajęcia, o którym już nic nie pamiętam. Mam taką fotografię z lalką na kolanach – nieco wymuszony uśmiech w kierunku aparatu i naiwne, zaciekawione spojrzenie. Lalka na parapecie jest tylko zapomnianym, opatrzonym rekwizytem, ta na fotografii – uczestnikiem albo przynajmniej świadkiem zdarzeń.
        Na placu zabaw cisza. Wkrótce przyjdą dzieci. Będą lepić bałwana. Za rok przyjdą tu inne dzieci, a może te same, którym teraz nie wolno oddalać się od matek. Drzewko jabłoni będzie dawało więcej cienia, soczysty smak jabłek zawsze będzie ten sam, kwiaty na klombie będą zaledwie podobne, ale ich zapach zawsze będzie w pokoju mojego dzieciństwa - niezmienny jak zapach świeżych jabłek na parapecie.

                                                                                                          powrót




Grzegorz Pawlak



Kot, pies, kot, pies...

Obudziłem się pierwszego dnia ferii i od razu poczułem wściekły głód. Zauważyłem, że mój apetyt wzrasta wraz z ilością nocnych przekąsek. Udałem się do kuchni z marną nadzieją, że mamusia uszykowała mi śniadanie. Zostałem zaskoczony, ponieważ o tak rannej porze, o jakiej zwykłem wstawać (dziesiąta rano), po mamusi i małej Dzierlatce nie było ani śladu. Okazało się, że mamusia wraz z Dzierlatką udały się do sklepu (około godziny drogi pieszo) po bułki do porannego śniadania.
- Cześć Egoisto! – powiedziała dziewczynka o wielkich zielonych oczach i długich blond włosach.
– Witaj Istoto z kosmosu! – powiedziałem, wychodząc z łazienki. Niespodziewanie kopnęła mnie w kostkę. Chyba starzeję się, bo ostatnio zbyt często udaje się jej mnie zaskakiwać.
- Mamo, ona mnie przezywa! - krzyknąłem, po czym mocno ją szarpnąłem i pociągnąłem do pokoju.
– Słuchaj ty, wredna istoto! – wrzasnąłem co sił i przyparłem do ściany. – Jeżeli się nie uspokoisz, zgniotę cię jak karalucha i wsadzę do słoika...
- Nie zrobisz tego!
-Możesz się gdzieś przez przypadek zgubić, a wtedy...
-Nie zrobisz tego! – cicho powtórzyła, pewnie drżąc na myśl o moim diabolicznym uśmieszku.
-Owszem zrobię - powiedziałem. W jej oczach zobaczyłem strach. Nagle wyśliznęła mi się z rąk.
-Co ty jej robisz? Im starszy tym durniejszy! - powiedziała mama, wyciągając bułki z koszyka.
        Po kilku godzinach spokoju (widać straszenie odniosło pożądany skutek, ale nazbyt krótko) mała istota (nazywana Aleksandrą albo Dzierlatką) wpadła do pokoju, drąc się wnieboglosy:
-Chcę grać na komputerze!
-Nie będziesz grała, bo teraz piszę referat z informatyki. Nagle rzuciła się na mnie, odpychając gwałtownie od komputera.
-Ciociu, on mnie bije, ten...cham!
        Po kilku minutach siedziała przed komputerem. Naciskała klawisze jak popadło. Kiedy wróciłem z ubikacji, usłyszałem swój i jednocześnie obcy głos, który chyba słuchało całe pobliskie miasteczko: - Ona mi skasowała referat!
-Aleksandro, daj mu się uczyć, zostaw go w spokoju! – krzyknęła mama z kuchni.
        Postanowiłem udać się do naszej budki zwanej garażem, by „przepalić” naszego malucha. Niestety polazła za mną. Siedziała cały czas na tylnym siedzeniu z zakneblowanymi ustami (inaczej by nie mogła tam siedzieć). Po dwugodzinnej grzebaninie w silniku udało się odpalić to oporne bydlę. Było na biegu. Szarpnęło. Auto zatrzymało się tuż przed ścianą. Między nią a kołem zakleszczyła się Wredna Łajza. Po chwili z piskiem wyskoczyła jak z procy pod sufit i padła na maskę. Aleksandra wyskoczyła z auta, wyzwoliła się błyskawicznie z więzów i przeraźliwie ryknęła: „Morderca! Ludzie...! Ciociu! Zabił mojego kotka! Ciociu!- zakrztusiła się swoim krzykiem i pobiegła do kuchni. Skąd mogłem do licha wiedzieć, że Łajza...
- Morderca! – słyszała jeszcze raz cała okolica. Uznałem to za akt agresji skierowany na moje życie. Czym prędzej zdezerterowałem.
        Pod wieczór wróciłem do domu. Jak gdyby nic poszedłem nakarmić psa. Spuściłem go z łańcucha, żeby sobie pobiegał. Biedne psisko, nic nie robi, tylko szczeka. Z tego to już mu pysk się wykrzywił. Stał jakiś osowiały, jakby mu to psie życie obmierzło. Nagle diabeł w niego wstąpił! Na horyzoncie (podwórka) pojawiła się Łajza. Szła sobie spokojnie, jakby myślała, że wściekłe psisko pędzi w całkiem innym kierunku... W tym momencie nastąpił kolejny atak. Oto na progu stanęła Aleksandra. Kiszony ogórek wypadł jej z ust, gdy zobaczyła, co się dzieje. Rozpętało się piekło! Psisko o mały włos nie dostało ataku serca, gdy usłyszało tak potwornie piskliwy krzyk rozpaczy. Mało sobie nóg przednich nie połamało, tak gwałtownie zahamowało.
        Co się działo później, lepiej zmilczeć. Wystarczy powiedzieć, że ta mała mnie ... tak mnie podrapała, że potem ze trzy dni nie pokazywałem się ludziom. Potem wybuchła czwarta, piąta, szósta wojna światowa....
        Aleksandra wyjechała dwa dni przed końcem ferii. Lało jak z cebra, choć był luty.

                                                                                                         powrót


Sara Pawłów


Pierwszy Człowiek

Charles Balbage siedział z ponurą miną w namiocie i popijał sorbet z wysokiej szklanki. Było gorąco, choć i tak nieźle, jak na ten klimat. Nie padało od miesięcy, w powietrzu unosiły się tumany kurzu. Wielkie, tłuste muchy napełniały powietrze swym irytującym brzęczeniem. Były to chyba jedyne istoty, żyjące w tym paskudnym miejscu, zdecydowanie najohydniejszym zakątku Czarnej Afryki.

Mężczyzna przyjechał tu niemal dwa lata temu, tuz po skończeniu studiów. Miał szczęście, że bardzo szybko zdołał uzyskać fundusze od Narodowego Towarzystwa Geograficznego. Zabrał ze sobą tylko geologa, sir Arthura Dodgmana. W Kairze wynajeli czarnych robotników i wyruszyli przez Saharę do tej niewielkiej, zagubionej oazy, gdzie Balbage miał nadzieję dokonać odkrycia, które zapisze jego nazwisko na wieki w historii odkryć archeologicznych.

Ale dni mijały, przerzucono tony piasku i wykopano kilometry tuneli, nie udało mu się znaleźć nic, najmniejszej kostki, najmniejszego artefaktu. Był z tego powodu bardzo niezadowolony i niemal każdego dnia solennie przysięgał, że jak do jutra niczego nie znajdzie, wyjeżdża stąd w diabły. Ale dni mijały jeden podobny do drugiego, pozbawione wszelkich znalezisk, a on nie wyjeżdżał. Czemu? Sam nie wiedział. Może łudził się, że jeszcze, jeszcze, może następnego dnia, może w następnej hałdzie twardego piachu uda mu się dokonać cudownego odkrycia.
Niewyraźny cień poruszył się na zewnątrz namiotu. Balbage ledwie rozchylił napuchnięte od pyłu powieki. Chwilę potem płachta rozsunęła się, wpuszczając do środka czarnego robotnika.
- Sahibie, natrafiliśmy na coś.
Balbage poderwał się jak oparzony.
- Prowadź!
Wyszli z namiotu i skierowali się na północ, do stanowisk archeologicznych. Za namiotami robotników dołączył do nich sir Dodgman.

W końcu dotarli na stanowisko. Robotnicy tłoczyli się wokół dużego wykopu. Rozstąpili się przed Balbage’m jak wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Uczony podszedł do brzegu wykopu. Na oko nic, zwykła dziura w ziemi o wymiarach nieco ponad dziesięć metrów na trzy, o stromych ścianach z wyraźnie zaznaczonymi warstwami rozmaitych skał, a na dnie...
Balbage wciągnął głęboko powietrze. W dnie wykopu, mocno osadzone w skale tkwiły odłamki ceramiki, jakby szczątki olbrzymiego dzbana. Balbage rzucił okiem na warstwy skał, w myślach zrobił szybki przegląd wszystkiego, co wiedział o tutejszych warstwach geologicznych. Zaklął szpetnie i popatrzył na sir Dodgmana. Widocznie doszedł do tych samych wniosków, bo patrzył wyczekująco na kierownika. Archoelog ponownie odwrócił się do wykopu. Przez chwilę bił się z myślami, w końcu podjął najwidoczniej jakaś decyzję, bo zsunął się do wykopu. Kucnął i zaczą z uwagą przyglądać się odłamkom ceramiki. Wszystkie miały około pięciu centymetrów grubości, pokryte były jakimś barwnikiem, którego eony spędzone pod ziemia nie mogły zetrzeć, ani nawet przygasić barw. Balbage krzyknął kilka słów w suahili. Jeden z robotników, wciąż stłoczonych nad brzegiem wykopu rzucił mu owinięty w brezent zestaw narzędzi. Mężczyzna zaczął ostrożnie odłupywać fragmenty od skały. Na większości z nich zauważył niewielkie, czarne znaki, przywodzące na myśl jakieś pismo, ale nie przypominało ono żadnego pisma, jakie kiedykolwiek widział. Kątem oka zauważył, jak sir Dodgman zsuwa się za nim, wzbudzając chmurę pyłu.

- Pomóż mi. – Wysapał archeolog.
- Jesteś pewien? Te warstwy...
- Nie gadaj, tylko mi pomóż.
Geolog wzruszył ramionami i kucnął obok Balbage’a. Praca była żmudna, ale za żadne skarby by jej nie przerwali! Stali być może przed największym odkryciem w historii ludzkości. Gdyby tylko znaleźli coś jeszcze...

Nawet nie zauważyli, kiedy zrobiło się ciemno. Ktoś przyniósł lampy i poustawiał naokoło w taki sposób, że było niemal tak jasno, jak w dzień. Balbage ostrożnie wydobywał coraz to nowe kawałki ceramiki. Oczy piekły go od pyłu i zmęczenia, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, umysł zasnuła mgła. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił, ale nie przestawał. Nie mógł. Za daleko w to zabrnął, żeby się poddać. Był blisko, wiedział to, ale nie chciał odkładać tej chwili na później. Sir Dodgman pracował równie ciężko. W jego głowie działo się dokładnie to samo, co u Balbage’a.

Musiało być już nad ranem, gdyż niebo na wschodzie lekko poróżowiało. W jednej chwili Balbage całkowicie odzyskał przytomność. Jego palce natrafiły na przedmiot, który nie był ostrym odłamkiem ceramiki. Zaczął gorączkowo oczyszczać przedmiot z pyłu. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Wyciągnął rękę do tyłu, odnalazł rękaw wciąż kopiącego Dodgmana i pociągnął stanowczo. Geolog wymruczał ciche przekleństwo i zajrzał mu przez ramię. Z jego ust wyrwał się stłumiony okrzyk. Balbage patrzył bez słowa na trzymany w dłoni przedmiot. Był to złoty skarabeusz, odlany z niezwykłą precyzją, inkrustowany perłami i lapis lazuli. Do szczękoczułek owada przymocowane były dwie złote obręcze, świadczące o tym, że kiedyś mógł tu być zamocowany łańcuch. Naukowcy popatrzyli po sobie i z nową energia zabrali się do kopania.

Minęło południe i słońce pochylało się nad zachodnim horyzontem, kiedy naukowcy przerwali pracę. Wstali z klęczek i zdumieni przypatrywali się odkryciu. Mocno osadzony w twardej, żółtej skale leżał kompletny szkielet, prawie ludzki, ale wysoki na niemal trzy metry. Leżał w postawie całkowicie wyprostowanej, a ręce miał skrzyżowane na piersi, co praktycznie wykluczało jakikolwiek rodzaj naturalnej śmierci. Musiał zostać pochowany, ale w twardej skale nie było śladów niedawnego kopania. Szkielet ubrany był w cos w rodzaju naramienników z nieznanego, ciemnego metalu, podejrzanie dobrze zachowanego. Obok niego leżało kilka grotów kształtek przypominających liście wierzby, cos jakby ogniwa rozerwanego łańcucha i puchar wyciosany w jednej bryle rubinu. Naukowcy popatrzyli na siebie ponad znaleziskiem. Balbage odchrząknął.

- Zdaje pan sobie sprawę z wszystkich implikacji tego znaleziska?
- Te osady maja przynajmniej trzydzieści milionów lat.
- Jeśli to prawda, to cała nasza wiedza okaże się niewarta funta kłaków. Nauki, które znamy pod nazwami historia, archeologia, paleontologia i paleoantropologia legną w gruzach. Zdaje pan sobie sprawę, że nie możemy do tego dopuścić?
- Oczywiście.
Jak najszybciej wygramolili się z wykopu i zaczęli go pospiesznie zasypywać. Dolarami opłacili milczenie robotników i jak najszybciej opuścili to miejsce.




Sara Pawłów


Jutrzenka

Ta planeta była w całości poprzecinana stromymi graniami. Nie było tu żadnych gór czy wzniesień, oprócz wysokich, wąskich tworów o stromych zboczach tworzących skomplikowaną siatkę na powierzchni całej planety. W miejscach, gdzie krzyżowały się dwie lub więcej grani i było trochę więcej przestrzeni, powstawały imperialne fortece, często wypierając pierwotne budowle. Były to jedyne miejsca nadające się do zamieszkania. Niewielkie przestrzenie poniżej grani porastały gęsto rośliny, przywołujące nieprzyjemne skojarzenia z mózgami rozpryśniętymi na ścianie. W ich zwojach żyły małe, paskudne istoty, zawsze o wschodzie słońca wydające wysokie, atonalne piski, które nawet tu, na górze, doprowadzały do obłędu, a co dopiero na dole. Pomimo tego żyli tam ludzie – głównie niewolnicy, czasem desperaci poszukujący pracy. Wydobywali niezwykle rzadką i cenną tęczową skałę, z której wytapiali metaliczne szkliwo.

Grań „Pojutrze”, nazwana tak z przyczyn kompletnie mi nieznanych, a łącząca fortecę „Czas” z „Pierwszą Przystanią”, była jedną z najwyższych, a jednocześnie najwęższych na Takshimedzie. Bezdenne otchłanie otwierały się po obu stronach dróżki, na której z trudem zmieściłby się imperialny łazik. Mimo to dwoje ludzi mogło iść obok siebie bez ryzyka zepchnięcia drugiej osoby w przepaść.

Patrzyłem na kroczącą majestatycznie Lejvę. Próbowała wyglądać zimno i dumnie, ale nie mogła mnie oszukać. Za dobrze ja znałem. Wiedziałem, że cierpi przeze mnie. Byłem idiotą, bo nie potrafiłem tego powstrzymać, a teraz było już za późno. - A więc – odezwała się beznamiętnie. – Jutro wyjeżdżasz.

- Tak.
- Dokąd?
- Do Orelanu.
- Na zawsze?
- Nie - przystanąłem, odwróciłem się do niej, objąłem ją. Patrzyła mi w oczy, wcale nie podnosząc wzroku, a przecież nie należałem do osób niskiego wzrostu. Jej blada twarz wydawała się lekko jarzyć w przedziwnej atmosferze tej planety.
– Wrócę, tu Lejvo. Wrócę do ciebie.
- Naprawdę w to wierzysz? – odepchnęła mnie pięścią. – Chyba ich nie znasz. Nigdy nie pozwolą ci tu wrócić.
- Służba nie potrwa wiecznie, kochanie.
- Tak, zakończy się, jak tylko wyślą cię w jakieś naprawdę gorące miejsce.
- Umiem przeładować karabin.
- Jasne. Pod warunkiem, że zdążysz.
- Więc miejmy nadzieję, że nigdy nie trafię w takie miejsce.
- Czy ja wiem? Chyba łatwiej byłoby mi pogodzić się z twoją śmiercią niż z faktem, że masz inną kobietę.
Podniosłem jej dłoń do ust. - Kocham tylko ciebie. Westchnęła cicho.
- Nie umiesz kłamać.

Ostatni raz spojrzałem za siebie. Lejva spała. Jej czarne włosy rozsypały się lśniącą kaskadą, tworząc ciemną aureolę wokół głowy. Ubranie, w kolorach granatu i szarości, leżało jak zwykle starannie złożone na krześle. Poczęstowałem ją sopokryfem. Powinna spać do wieczora, a wtedy będę już daleko. Nie lubiłem pożegnań.

Prom, który miał mnie przewieźć na Orelan czekał już na lotnisku „Pierwszej Przystani”. Wiedziałem, że nigdy tu nie wrócę, nawet jak służba się skończy, jeżeli w ogóle skończę ją żywy. Dlaczego okłamałem Leivę? Może bałem się powiedzieć jej prawdę? Może łudziłem się, że jeśli nie wypowiem tego głośno, to się nie stanie? A może po prostu byłem kłamliwym tchórzem, który nie umiał przyznać się kobiecie, że opuszcza ja na zawsze? Chyba to nie ma teraz większego znaczenia. Już nigdy nie zobaczę Lejvy. I już nigdy nie poczuję do nikogo tego, co czułem do niej.

Wchodząc do kosmodromu rzuciłem okiem na tę planetę, która nagle stała się bardzo bliska memu sercu. Na dnie otchłani zalegała gęsta mgła. Światło gwiazd i srebrzystych księżyców z trudem przebijało się przez turkusowe chmury. Z równin na dole dobiegał już głos owadów i ciche porykiwania świniopodobnych zwierzątek, które wbrew pozorom potrafiły być jeszcze bardziej dokuczliwe, niż owady. Horyzont na wschodzie zaróżowił słaby blask nadchodzącej jutrzenki.

Orelan dla kontrastu był całkiem miła planetką, pokrytą na przemian płytkim, słodkowodnym oceanem i lądem, porośniętym gęstym lasem drzew podobnych do ikarijskich storczyków, tylko rosnących na ziemi i osiągających gigantyczne rozmiary. Niebo miało barwę bursztynu i posiadało dwa szkarłatne księżyce świecące zarówno w dzień, jak i w nocy oraz jedno słońce, czerwonego karła, na szczęście oddalonego od planety na dostateczną odległość, aby jego promieniowanie nie było zabójcze dla ludzi.

Tak samo Orcha, dla odmiany była niska, pulchna kobietką i srebrzystych włosach i jasnych oczach, ze sporą domieszką krwi jasskarn. Ubierała się zawsze na biało z jakimś niewielkim, jaskrawym elementem. Była miła, wesoła i zawsze uśmiechnięta.
- Gdzie tym razem, żołnierzyku? – spytała tak cicho, że ledwo mogłem usłyszeć ją przez szum fal.
- Była, Tapri – powiedziałem również cicho.
Nie miałem odwagi spojrzeć jej w oczy. Patrzyłem więc na fale rozbijające się o piaszczysty brzeg kilka metrów przed nami.
– Trzecia planeta układu Beqegazy. Niewielka planetka pełna skał i piasku, główny ośrodek wydobycia błękitu cesarskiego i metali szlachetnych w tym sektorze galaktyki.
- Beqegaza... – położyła się na piasku, krzyżując ręce pod głową. - Słyszałam już tą nazwę. - Wzruszyłem ramionami.
- Kiedyś mieszkańcy tego układu toczyli krwawe wojny z Imperium. Teraz są rasą zależną, a ich planetkę przekształcono w kurort wypoczynkowy. Chociaż i tak więcej tam baz wojskowych, niż wszystkich instytucji cywilnych razem wziętych.
- Czemu?
- Nie jest tajemnicą, że Beqegazi nie kochają się z Imperium i bardzo chętnie wyrzuciliby nas stamtąd aż na drugi koniec Galaktyki. Musimy stale ich pilnować, żeby nie narozrabiali.
- Aha. – Zamilkła na chwilę. – A byłeś tam kiedyś? - kiwnąłem głową.
- Kilka razy. To całkiem przyjemne miejsce, chociaż cholernie niebezpieczne. – Uśmiechnąłem się lekko do wspomnień. – Niektórym odpowiadało to, że mogli bez żadnych konsekwencji wdawać się w bójki z miejscowymi.
- A tobie?
- Jestem żołnierzem, kiedy muszę, nie, kiedy chcę.
- Ach tak? Z tego, co pamiętam, byłeś ochotnikiem.
- Cóż, miałem do wyboru zostać rycerzem mego ojca, albo uciec na drugi koniec wszechświata i pomyślałem, że najłatwiej mi będzie zrobić to jako żołnierz.
Zachichotała. Tak, łatwo było jej się śmiać, bo nie znała mojego ojca. Rycerzyk! Nawet nie widział, kiedy cesarzowa założyła mu obrożę na szyję! Co prawda jako żołnierz również ślubowałem wierność cesarzowej, a moja, praktycznie rzecz biorąc, niewola była bardziej niż oczywista, a jednak ja zdawałem sobie z niej sprawę i akceptowałem ją, a on nawet nie wiedział o jej istnieniu. Osobiście bardziej odpowiadał mi taki układ.
Orcha westchnęła cicho.
- Szkoda, że wyjeżdżasz.
Po raz pierwszy podczas trwania tej rozmowy odwróciłem się i spojrzałem jej prosto w oczy.
- Wrócę. Obiecuję.
- Ciekawi mnie, ile razy już to obiecywałeś.
- Ani razu. Kocham tylko ciebie.
Westchnęła ponownie.
- Nie umiesz kłamać, żołnierzyku.
Na horyzoncie w falach oceanu zaczął odbijać się słaby blask odległej jeszcze jutrzenki.

Za oknami promu Orelan malał , aż w końcu stał się tylko jednym z wielu punkcików światła, wirujących w przestrzeni. Zawód żołnierza w sumie nie był zły, przynajmniej tak długo, jak długo nie wysłali cię na granicę. Tam zaczynało się prawdziwe piekło, nawet wtedy, gdy czasem trzeba było kogoś zostawić, zwłaszcza bliskiego. Ciepła wygodna posadka okupiona wieczną samotnością i poczuciem winy. Myślicie, że żałowałem? Nie. Już nie. Lata służby zrobiły swoje. Pamiętacie, jak mówiłem, że ta praca to niewola? Miałem rację. To niewola, ale nie tylko ciał, ale tez dusz i umysłów. Kontrolowali nas, teraz to widziałem. Nie pozwalali na trwałe związki, bo to mogłoby osłabić nasze zaangażowanie w służbę Imperium. Do tej pory zastanawiałem się, po co wszczepiali nam nanoimplanty. Nie miałem do nich za to żalu. Za daleko już zabrnąłem. Bo jeśli istnieje sposób na zmianę zwykłego człowieka w idealnego żołnierza, to oni już dawno go odkryli. A ja zbyt późno się o tym dowiedziałem.







panel admina